Rajd Świętokrzyski - czerwiec 2007


W dniach 7-10 czerwca odbył się II Ogólnopolski Świętokrzyski Rajd Samochodów Terenowych o Puchar T-MAX edycja 2/2007. Z naszego kluby pojechała tam dość liczna grupa, bo aż 15 osób – Maciej i Beata Krzemińscy, Ela i Mirek Rubka, Damian „Diabeł” Trembicki, Marcin Słomka, Michał Rosiecki, Artur Kasprzycki, Basia, Sławek i Kamil Babińscy, Agnieszka, Kasia, Zbyszek i Adam Żakowscy , którym jeszcze towarzyszyła rodzina i znajomi – w sumie ponad 22 osoby. Przyjechaliśmy dzień wcześniej i od razu zdominowaliśmy całą bazę ;). Na wjeździe było widać klubowy banner, a wszędzie stały klubowe auta. Na rozgrzewkę przed rajdem postanowiliśmy zagrać w piłkę siatkową. Może zasady gry nie były zbyt mocno przestrzegane, ale za to zabawa była wyśmienita. Później urządziliśmy wspólną kolację – niektórzy myśleli, że to jakieś wesele, bo była muzyka i duża ilość pysznego jedzenia...

Następnego dnia wystartowały trzy klubowe załogi – dwie w wyczynie: Maciek z Diabłem i Mirkiem oraz Marcin z Michałem i załogantem (niestety imienia nie pamiętam), natomiast w extremie pojechałem ja, Adam, mając jak zwykle za pilota mojego Tatę, Zbyszka. Na starcie dopingowali nas wszyscy członkowie rodzin (nawet najmłodsza Weronika, która „poprowadziła” ;) samochód na linię startową) i znajomi.

Jako pierwsze próby trafiły się nam pieczątki w wąwozach. Na początku szło bardzo dobrze, robiliśmy je dosyć szybko i jechaliśmy co chwila spotykając się ze sobą. Niestety w południe nastąpiła czarna seria. Najpierw uszkodzona przekładnia kierownicza u Maćka, mieliśmy jedną zapasową na bazie, więc nie było to aż takim problemem, później ja złapałem gumę na pieńku, na którym też pokrzywiłem wąs od zwrotnicy (wyciągarka jest dobra, ale trzeba uważać co się ciągnie i gdzie ;). Maciek wymienił przekładnię, mnie udało się zmienić dętkę w oponie, ale ciągle pozostał krzywy wąs, który w każdej chwili mógł się urwać. Decyzja – jechać do Sochaczewa po przekładnię. Artur wraz z Kasią pojechali i przywieźli nam potrzebną część przed wieczorem. Ale nie czekaliśmy, tylko jechaliśmy dalej. Gdy Maciek wymieniał przekładnię, my pojechaliśmy dalej wolno uważając, by nie urwać do końca wąsa. Później szło dobrze. Zaliczaliśmy kolejne pieczątki. Pod wieczór dojechaliśmy do końca pierwszej trasy – koniec wąwozów – i pojechaliśmy na drugą. Zaczynały się błotniste koleiny i podmokłe łąki. Około godziny 22.00 dojechaliśmy do prób, których nikt jeszcze nie zrobił – poprzedzające załogi zrezygnowały. Po dłuższej rozmowie zdecydowaliśmy, że wracamy na bazę – niebezpiecznie było wjeżdżać w takie bagno z dużym prawdopodobieństwem stracenia układu kierowniczego. Na bazie zjedliśmy i wymieniliśmy przekładnię. Zadzwoniliśmy do Maćka, że nie ma sensu pakować się w tę łąkę po nocy – też wrócili. Zgadaliśmy się, że o 4.00 ruszamy razem na trasę. W nocy udało mi się przespać może ze dwie godziny... O 5.00 byliśmy przy tej łące... Przedtem trzeba było przejechać bagienny strumyk, a później czekała nas... ogromna, podmokła łąka, gdzie drzewa były oddalone na spore odległości. Po długiej dyskusji Maciek i Marcin rezygnują – dla wyczynu taka łąka to zabawa na kilka godzin... My zrobiliśmy ją w około półtorej godziny... Na wyjeździe spotkaliśmy się z Maćkiem i Marcinem. Postanowiliśmy, że jedziemy grupą trzech samochodów. Szybko „połykaliśmy” kolejne kratki roadbooka nie odpuszczając żadnych pieczątek. W południe wjechaliśmy w trasę nr 3. Na niej najbardziej zostały poddane próbie nasze samochody. Długie leśne dojazdówki po drogach zrywkowych, gdzie były głębokie, błotniste koleiny najeżone kamieniami, które co chwila waliły w mosty... W tym czasie reszta ekipy, która nie jechała w rajdzie postanowiła pozwiedzać okoliczne zabytki i ciekawe miejsca... Około godziny 18.00 skończyliśmy trzecią trasę zbierając wszystkie pieczątki. Wyjeżdżając na drogę stwierdziłem ze zdziwieniem, że hamulce nie spełniają swojej roli... Szybka dolewka płynu i ruszamy na bazę. Zmęczeni, brudni, ale zadowoleni wjeżdżamy na bazę. Szybki prysznic i gorący posiłek. Ja kładę się spać bo ostatnie trzy dni prawie bez snu dają o sobie znać... Rano, w niedzielę, wstajemy i szykujemy się na metę rajdu. Dowiaduję się, że następna załoga po nas skończyła trasę o 23.00, a kolejne dwie jeszcze jadą... Na miejsce mety dojeżdżamy pół godziny przed czasem (tj. o 10.30). Spotykamy tam owe dwie załogi, które walczyły całą noc i niedawno przyjechały. Jeszcze tylko przejazd przez bramkę, która zatrzymuje czas – najlepiej jak dokładnie 48 godzin po starcie (liczone co do sekundy) zatrzyma się czas – udało się wszystkim zawodnikom. Pojechaliśmy na bazę zapakować auta na lawety i czekać na wyniki. W trakcie ich ogłaszania okazało się że trzy załogi z Sochaczewa zajęły... 3 pierwsze miejsca ;). Do Sochaczewa wracaliśmy również razem...

Teraz czeka nas praca przy naszym rajdzie, ale później znowu planujemy wyjazdy, gdzie będziemy promować nasz klub, tymczasem do zobaczenia w sierpniu na „Mazowieckich Bezdrożach”.

Pozdrawiam
Adam Żakowski

Zapraszam do obejrzenia zdjęć w galerii pt. "Rajd Świętokrzyski - czerwiec 2007"