V Mazowieckie Bezdroża 2009


Mieliście kiedyś tak, że odkładaliście na później rzeczy, które powinno się zrobić od ręki? I że zawsze zdarzy się coś, co zmusi do zrobienia tego czegoś wcześniej niż by się chciało? Mam i ja…
A zaczyna się jak zwykle – niewinnie. Dzwoni telefon. Odbieram. Karaluch dramatycznym głosem błaga o pomoc: „Napisz wspominki z rajdu, bo wisimy chłopakom relację !!!”. Odpowiedź brzmi – „ok.”. A w głowie – „juuutro”. A do jutra, to sobie mogę poczytać coś nie-rajdowego. Ale nie dane mi było poleniuchować. Otwieram książkę, a tam koleś popyla „gazikiem” przez las, „od prawa do lewa, po badylach, wykrotach, porębach zagajach. Tu pień, tam pień, chaszczami po pyskach, ziemią-matką, kamieniami, żwirem po oczach. Wiatr w głowie, igły we włosach, szyszka… Zagotowało się w garach, strzeliło – kicha i, o ku.waż – o glebę! Ręce – całe, nogi – całe… I motór jako tako. Żyć się będzie…” Wypisz, wymaluj sierpniowy weekend u Zebrów.
I odkładaj tu, człowieku, coś na później. Usiadłam i wspominam.

A jak było? Można by powiedzieć, że „jak zwykle”, czyli błotnisto. Jednak chętnych nie brakowało. Na starcie stawiło się ok. 70 załóg, startujących w pięciu klasach – dwóch ekstremalnych (PL-3 i PL-2), jednej wyczynowej (PL-1), turystycznej (PL-0) i dla quadów (PL-Q) – zgodnie z założeniami Polskiej Ligi Przeprawowej.

Dla wszystkich klas opracowana była jedna trasa dojazdowa. Po drodze, klasycznie, rozlokowane były próby dla poszczególnych klas. W sumie do zdobycia były 54 pieczątki, do pokonania 3 OS-y i jedna „jajeczna” próba sprawnościowa.

Baza rajdu ulokowana była w Budach Starych, na terenie byłej szkoły, w miejscu lekko oddalonym od cywilizacji. Tu była oaza z ogniskiem, grillem, garkuchnią. Tu było również biuro rajdu, gdzie po potwierdzeniu uczestnictwa załogi dostawały wszystkie potrzebne na trasie materiały i dodatkowo „zestaw jajeczny”. Na zestaw składały się dwa jaja kurze, surowe, ozdobione niepowtarzalnym ornamentem. Zadaniem załóg było dowiezienie ich na metę w stanie niezmienionym i nienaruszonym. Patenty były najróżniejsze, a wachlarz możliwości przewożenia ładunku delikatnego można było podziwiać na mecie, gdzie zmęczeni, ubłoceni, dopiero co spieszący się ludzie trzęsącymi się rękami rozwijali swoje skarby z gałganków, wyjmowali spod masek aut, wyłuskiwali z płaszczyków folii bąbelkowej, albo taśmy izolacyjnej. Większości udało się zdobyć te kilka punktów za jajecznie bezkolizyjną jazdę.

Ale zanim można było zdać karty drogowe i kurze suveniry, trzeba było z bazy wyjechać. W piątek, 14 sierpnia, o godzinie 13.00 zawodnicy rozjechali się do miejsc swoich startów na trasę rajdu. Od tego momentu mieli 29 godzin na zdobycie jak największej ilości prób. Kto dał radę i miał siły i ochotę mógł, po ukończeniu całej pętli trasy, rozpocząć ją po raz drugi. Zawodnicy na qudach jechali trasę w próbami klasy wyczynowej, a po zamknięciu pętli, po pobraniu następnej karty drogowej, mogli jechać trasę klasy ekstremalnej. Klasa turystyczna miała za zadanie zdobyć pieczątki klas wyczynowej i ekstremalnej, ale bez aut, jedynie na własnych nogach.

Jak to bywa od jakiegoś czasu, żeby nie włazić tzw. „ekologom” na odciski, próby były zblokowane w kilku ciekawszych miejscach. Zazwyczaj na terenach żwirowni, kopalni piasku, czy nieużytkach jakiegoś zapalonego off-roadera.

Trasa stanowiła pętlę, na którą zawodnicy wypuszczeni zostali w kilku miejscach, żeby sobie nie jeździć po piętach. A po drodze chlebem i kiełbasą witali ich…

Baba
W tym urokliwym miejscu, gdzie w pobliżu, w dni powszednie, wre praca i kopie się żwir, są super miejsca na różnorodne próby. Tu była przejazdówka po wodzie i błocie oraz bardzo ciekawy odcinek po zakrzaczonych wądołach. Dla wytchnienia (sic!) było pływanie na desce. Po wodzie, oczywiście.

Ścigacz
Ten odcinek w skrócie opisać można słowami „piasek i woda”. To piaskarnia, gdzie jest tylko piasek porośnięty krzakami i wątłymi drzewkami, a najniższe miejsca wypełnia woda. Tutaj, na hałdach sypkiego piachu, w cieniu sosnowego lasku, ustawiono trasę z trawersami, przeprawą przez wodę, błoto i chaszcze.

Żaki
Tu chłopaki natomiast obmyślili trzy próby. Z niepozornie wyglądającej polanki przejeżdżało się do, zasłoniętych nisko wiszącymi gałęziami, prób. Pierwszą ochrzczono jako „wejście smoka”, albo jak kto woli „wyjście”, ale pod warunkiem pokonania nieziemskiego trawersu między drzewami. Wyglądało widowiskowo, z autami jadącymi na dwóch kołach, w pajęczynie lin i taśm asekuracyjnych. Następna bramka prowadziła do „gniazda krokodyli”, czyli błota w ilościach absurdalnych. Jednak pokonanie tej próby przynosiło nie lada satysfakcję. Na koniec, dla rozruszania zastałych (sic!) kości zawodnicy mieli do pokonania sprawnościówkę w noszeniu jaj parami… Widok facetów połączonych świetnym (nie mylić ze świętym) węzłem z taśmy ostrzegawczej, z jajkami (kurzymi) w rękach, biegnących przez łąkę, z wiatrem we włosach i uśmiechem na twarzach – bezcenny.

Generał, z Diabłem i Żubrem
Tu było zielono. Drzewka, krzewy, wysokie trawy, zielona rzęsa… na wodzie… Ale wiecie, co to znaczy? Jeeees, błotko i torfik pod spodem. Dla wytrwałych chłopaki ciut czegoś twardego pod koła też rzucili, ale dalej było błoto do kwadratu, przerywanego lekkim twardszym błotem.

Podział na kilka stopni trudności powoduje, że każdy może zweryfikować swój sprzęt, a przede wszystkim umiejętności – czy to zmotany potwór, czy fabryczna bulwarowa puszka, czy zatwardziały off-roader, czy dopiero wstępnie zainteresowany tematem „krawaciarz”.
Dla tych mocniejszych klas rajd był ciężki, takie zresztą z założenia zawsze miały być Mazowieckie Bezdroża. Widać, że jeszcze jesteśmy w stanie znaleźć ciekawe off-roadowo tereny w centralnej Polsce. Mamy nadzieję, że każda następna edycja cieszyć się będzie podobnym zainteresowaniem, bo warto naharować się parę miesięcy, uchetać po pachy, poróżnić z rodziną i zajeździć własne auto, aby później usłyszeć od stada ubłoconych, padniętych, szczerzących w uśmiechu zęby facetów (i dam również) krótkie „dzięki”.

Dla startujących nagrodą było dojechanie do mety na własnych kołach, ale i, nie oszukujmy się, zdobycie miejsca na pudle. A na pudle zwycięzcy dostawali dodatkowo off-rodową statuetkę i nagrody ufundowane przez naszych sponsorów – zegarki, narzędzia, torby i plecaki. A dla każdego, kto do nas przyjechał i brał udział w rajdzie, przygotowaliśmy certyfikaty udziału, wręczane uroczyście w czasie ogłaszania wyników.

trycja