Historia


Zebra Off – Road Klub Sochaczew, to grupa przyjaciół z ziemi sochaczewskiej, których wspólną pasją są polskie bezdroża. Już parę lat temu można było zaobserwować w okolicach naszego rodzinnego miasta samochody terenowe. Kilka z nich wyróżniało się. Nie były to typowe bulwarowe szosówki, ale auta przygotowane do jazdy naprawdę terenowej. I jak to zwykle bywa, zapaleńców do siebie ciągnie. Znajomość zaczęła się od wspólnych wypadów za miasto, spotkań na żwirowniach, bagnach. Brzmi jak kiepski romans, ale efektem jest nasz klub, który funkcjonuje oficjalnie od 1 kwietnia 2005 roku.

















Ale klub tworzą ludzie, a nie daty. Skrzyknęliśmy się już wcześniej i od 2004 roku wspólnymi siłami organizujemy sobie i innym czas w terenie. Głównym motorem napędowym początków klubu był Bartek, którego auto dało nazwę klubowi – biały uaz w zebrowe paski, którym Bartek i Oskar Harasińscy jadąc po raz pierwszy na imprezę off-roadową – XXI Wertep w Serocku w 2001 roku – zajęli 3. miejsce. Zafascynowany i nakręcony off-roadem Bartek postanowił wziąć w swoje ręce sochaczewski światek off-roadowy i zachęcić do bardziej zgranych działań sportowych. Nawiązał kontakt z doświadczonym zawodnikiem w sporcie off-roadowym – Wawrzyńcem „Żubrem” Wojtasikiem i jego „uczniami”. Przy okazji okazało się, że bardzo blisko są inni, którzy zaczynają raczkować w sporcie off-roadowym, albo chcieliby zacząć. Mając już jakieś pojęcie o całej sprawie, wspólnymi siłami zaczęliśmy budować auta – jedno po drugim. I tak rosły klubowe uazy, gazy, landcruisery, tomcaty, suzuki i inne. Tak się towarzystwo rozbestwiło, że momentalnie, w ciągu jednego roku, z „żółtodziobów” wyrosły w naszym klubie załogi, które nie przepuszczą żadnej imprezy terenowej w Polsce. Mówię tu przede wszystkim o panach Żakowskich (Samurai), Maćku Krzemińskim (Samurai), czy załodze „Konary” – Marku i Tomku (Gaz). Podpatrywanie bardziej doświadczonych kolegów i ogromna determinacja i samozaparcie zaowocowały już nie lada osiągnięciami. Sochaczewskie teamy wracają z imprez z zestawami pucharowymi i pomyślnie rywalizują o laury.






















W szeregi naszego klubu wstąpili też pełnej krwi off-roadowcy, którzy plasują się w czołówce zawodników off-roadowych, nie tylko w Polsce. Mowa przede wszystkim o Jurku Gabrielczyku, jeżdżącym obecnie Landroverem Tomcatem, który wraz ze swoim pilotem, Nickiem Vince, startują często w rajdach międzynarodowych, m.in. Transsyberii i Ładodze. Natomiast rezerwowy pilot Jurka, Sławek Cypel, wygrał wyjazd na rajd do Egiptu biorąc udział w eliminacjach do zdobycia tytułu „Mistrza 4x4”, zorganizowanych przez miesięcznik „Auto Świat” i DaimlerChrysler Automotive Polska.





















Mając w klubie nowicjuszy, jak i starych wyjadaczy, staramy się, aby każdy miał zajęcie. Organizujemy imprezy lekkie i trudniejsze. W naszym kalendarium znalazły się trzy sztandarowe imprezy, których odbyły się po dwie edycje: „Bzura 4x4”, „Mazowieckie Bezdroża” i „Opłatek Off-Roadowy”.

„Bzura 4x4” organizowana jest przy okazji obchodów Dni Sochaczewa, w drugi weekend czerwca, w obrębie miasta i najbliższych okolic, gdzie jako tubylcy potrafimy znaleźć bardzo ciekawe miejsca do jazdy terenowej. Dzięki poprzednim edycjom „Bzury 4x4” w naszym mieście pojawiło się więcej terenówek, które coraz częściej widzimy poza szosą.

„Mazowieckie Bezdroża” organizujemy w ostatni weekend sierpnia w okolicznych gminach. Do tej pory zawitaliśmy w Młodzieszynie i Iłowie, gdzie terenu do jazdy nie powstydziłyby się nawet Mazury, czy Pomorze. Tu już nie ma miejsca na jazdę pokazową, tu się walczy z siłami natury i współzawodników. Przez dwa dni jest szansa poznać nie tylko zapach mazowieckiego błota, ale i obejrzeć piękne krajobrazy nizin centralnej Polski, którą kojarzy się zazwyczaj z zadymioną metropolią stolicy. A jest to raptem 50 km dalej.

„Opłatek Off-Roadowy”, który wypada na dwa tygodnie przed świętami Bożego Narodzenia, powstał z myślą o zakończeniu sezonu w gronie najbliższych przyjaciół, połamaniu się opłatkiem i ostatniej przejażdżce po już często zamarzniętych kniejach. Ta impreza jest na ogół imprezą zamkniętą, na zaproszenia. Mile jesteśmy zaskakiwani, kiedy nasze zaproszenia przyjmują również załogi z odległych zakątków kraju, nawet jeśli wiąże się to z długą podróżą w słotne i ciemne zimowe dni.

Nie byłoby jednak tych rajdów, gdyby nie weekendowe wypady „za miasto”. Okolice stolicy są trudne terenowo, ponieważ to mocno zurbanizowane obszary. Dlatego takie jednodniowe spotkania w trzy, cztery samochody, pozwalają na dokładne rozpoznanie i znalezienie off-roadowych ciągów komunikacyjnych, bez konieczności kontaktów z cywilizacją.















Jeśli jest ktoś, kto mieszka niedaleko i nie ma z kim wybrać się w teren, to zapraszamy – właśnie rozpoczyna się sezon, a po zimowej przerwie zawsze rozpiera nas energia. Powiedz tylko słowo... na maila.